Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dlaczego?

Dlaczego miłość twa, do której cały płonę,
Dla której tyle róż w czerwonej kąpię krwi,
Nie staje nigdy wprost u wyłamanych drzwi,
A tylko ukazuje, że drzwi są uchylone?

Nieraz już zdało się, że mam cię w rękach całą,
Drogą i bliską mi, jak woń jest bliską wiośnie,
A oto znów mrok głuchy w oczach rośnie
I dusza zmienia się w tęsknotę oszalałą!!

Pierzchasz jak lotna mgła!.. Za chimerami dążę
I tysiąc zmieniam dróg, gwoli fantazji twej,
Czasem jak zbity pies, czasem jak władny książę,
Lecz zawsze jako śpiewak rozdartej duszy mej!!

Patrz! Pięścią walę w mur, rozkrwawiam blade skronie!
Patrz! Rozpłomieniam się i gasnę znów w popiele.
Dzika, obłędna gra! A trzeba tak niewiele,
Tak niedaleko stąd złociste tętnią konie!

Na świat, na wolny świat!! Tęsknota piersi spala!
O zgnieć, o zniszcz, o złam przegrody między nami
I już od moich ust nie cofaj się ustami,
A jeśliś falą jest, niech przypływ zna ta fala!

Kochałem cię, wśród złotych księstw radości,
W poczuciu mocy swej, gorąco, silnie, dumnie,
Gdym się podobny zdał rosnącej wzwyż kolumnie
Nad portykami snów, dążący do boskości.

Kochałem później cię... Kolumna padła w gruzy,
Za dziełem moich snów nieszczęście poszło blade,