Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/62

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


Laus feminae

Widać już żadna łza cię nie poruszy,
Nic nie ożywi kamiennego łona,
W którem umilkły koralowe śpiewy
Krwi... i gdzie wiosna moich dni już kona.

...Z zmarnowanemi na polach zasiewy,
Z głuchą rozpaczą zmagam się bezradnie,
Czekając chwili, aż strzelista wieża
Błękitnych marzeń w szary proch upadnie...

Bolesny uśmiech moją twarz wykrzywia!
Toż jest zapłata, szczęście i wesele?
Dla duszy, która porzuciła wszystko,
Oczarowana przez twych uczuć ziele!

Toż jest zapłata?.. Hańba i sromota,
Lichwiarstwo skąpe, obelga, jałmużna...
Na powitanie słońc zamknięte wrota,
Dla stóp zmęczonych wciąż droga podróżna?..

Nie będę błagał u ciebie litości,
Litość pozostaw psom, albo żebrakom...

Pod szkarłatnemi niebami twórczości
Lot mój zbyt bliski jest królewskim ptakom,
Abym bezkarnie białe skrzydła zniżał
Do twoich kolan i prosił jałowo,
O porzucenie grząskich mielizn życia,
O zapalenie złotych gwiazd nad głową.

Długo się w myślach zmagałem z szatanem,
A zwyciężywszy, w kłamliwym zachwycie