Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czułem, jak zboża falują nad łanem,
Jak w sadach owoc pęka o rozświcie!

Słodka trucizna krew mi w żyłach struła,
Z prawdą dni moich zrosło się złudzenie,
Niechcące widzieć, że spichrze są puste,
Że trud oraczów przysłaniają cienie!

Aż wreszcie dzisiaj!.. I powiedz dlaczego?
Powiedz dlaczego, ach! i z jakim czołem
Białe marzenie kalasz przez rozpustę,
Przez małość ducha, co nie jest aniołem
Pocieszycielem... Tam, na skalnych złomach,
W obliczu śmierci, wichrów i granitu,
Gdzie walczę, myśląc o złocistych tronach,
Spragniony pięknej formy twego bytu!

Gdzież jest odpowiedź?!.. Narcyzowe chłody
Twych ust?.. Samotnie szeptane modlitwy,
Tęsknoty, których strzeżesz tak zazdrośnie,
By nie ujrzały snadź rycerskiej bitwy?

Gdzież jest opowieść o kwitnącej wiośnie
O mów, o przemów!! Patrz, jak głód mnie spala
Za każdym słowem!.. Milczenie jest puste,
Kwiatów nie zrywa nieruchoma fala!

Ostatnią krzyczę ku tobie agonją
Nie mogę więcej... Słyszysz?.. Już nie mogę!
Śmierć pogasiła błękitne melodje,
Z któremi ongiś wszedłem na twą drogę!

Tak dawno... ongi... Zostałem samotny,
Upiory mroków zaległy bezdroże...
Skąd, dokąd suną?.. Gdzie mój krok powrotny
W dawną ojczyznę mą... w Królestwo Boże?!..