Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na kawał czarnego chleba,
Na wody źródlanej dzban.

Pragnę się modlić dziś z Wami
Spokojnie, cicho, bez trwóg,
Uwierzyć, że i nademną
Stróżuje Wasz dobry Bóg!

Tak dawno czekam na Niego,
Tak dawno upadam w pył,
Zmęczony czerwoną ofiarą,
Krwi wypruwanej ze żył...

Na jakichś czarnych bezmiarach,
Pustyniach spalonych przez żar,
Leży me serce samotne,
Pod chłostą klątew i kar.

Chciałbym się pieśnią rozkrzyczyć,
Wyrzucić ze siebie świat!
A ktoś mi duszę obcęgą,
Do czarnych przyciska krat.

Ktoś wziął mnie w pęta żelazne,
Żelazem usta mi zgniótł.
Nie mogę wyśpiewać cudu,
Choć wszędzie czuję ten cud!

Za jedną twórczą godzinę,
Za jeden szalony prąd,
Oddałbym życie... Niech później
Spotka mnie obłęd lub trąd!

Niech jeno zdam światu sprawę
Z myśli idących od gór,