Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Krzyk
p. Wiesławowi Gonczyńskiemu.

Zbyt jestem na piękno chory,
Bym długo żył...
Zbyt wiele krwi i męczarni
Wypruwam z żył.

Gdzie pójdę, zostaje za mną
Duszy mej strzęp.
Zżera mnie żądza tworzenia,
Jak głodny sęp...

Z najlichszą bratam się trawą,
Bezdomnych odczuwam psów,
Bezdomne wichry się szarpią
U węgła moich snów.

Czasem mi usta wykrzywia
Zazdrość hej zazdrość i ból,
Że nie mam jasnego domu,
Wśród jasnych, pszenicznych pól.

Że nawet żebrak najgorszy
Znajduje leże i schron,
Że pijak ma swoją karczmę,
Głupiec zasługę i plon.

Chciałbym wejść wówczas na chwilę
Do jasnych, nagrzanych chat.
Nie myśleć, nie czuć, nie wiedzieć,
Zapomnieć drogi przez świat!

Zamieńcie mi dobrzy ludzie
Gwieździsty u czoła tan,