Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


swą poezyą głęboką i żałosna, niemniej wykończoną przejrzyście i poprawnie jak klejnot z kryształu, swoim stylem cudownym, czystym a dziwnym, związanym jak ogniwa zbroi, w którym najlżejszy zamysł służy do poprowadzenia czytelnika niedostrzeżenie ku zamierzonemu celowi, — a w końcu nadewszystko swym geniuszem, zupełnie odrębnym, tym temperamentem jedynym, który dozwalał mu jednocześnie odmalowywać i wyjaśniać w sposób przejmujący i straszliwy wyjątek w sferze moralnej. Diderot — aby wziąć jakiś przykład — jest pisarzem sangwinicznym, Poe pisarzem nerwów a i czemś po nadto jeszcze — i to najlepszym, jakiego znam.
U niego każde wejście w treść, pociąga, ale bez gwałtowności, jak wir. Jego ton uroczysty przejmuje i trzyma umysł w rozbudzeniu. Czuje się zaraz z początku, że chodzi tu o coś poważnego. I powoli, krok za krokiem rozsnuwa się historya, której cała waga spoczywa w niedostrzeżonem zboczeniu intelektu, na śmiałej hypotezie, niebacznej przymieszce natury w amalgamacie władz duszy. Czytelnik pochwycony zawrotem, jest zmuszony towarzyszyć autorowi, pociągnięty więzami jego dedukcyi.
Żaden człowiek — powtarzam — nie opowiedział z większym czarem wyjątków życia ludzkiego i natury — żaru ciekawości zdrowia, śmierci pór uginających się pod wysiloną okazałością,