Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ździernikowych liści lasu, objawiła się opadłą z nieba tęcza.
— Jestto dzień dni — rzekła, gdym się zbliżył; — dzień ze wszystkich dni, aby żyć lub umierać! Piękny to dzień dla synów ziemi i życia — ach, piękniejszy dla cór nieba i śmierci!
Pocałowałem ją w czoło, a ona ciągnęła:
— Umieram, a jednak będę żyć!
— Morella!
— Nigdy nie mogłeś mnie kochać — ale tę, której nienawidziłeś za życia, będziesz uwielbiał po śmierci.
— Morella.
— Powtarzam, że umieram. Ale we mnie jest zakład tego uczucia — ah, jak małego! — które żywiłeś dla mnie, Morelli. A gdy duch mój uleci, dziecko żyć będzie — twoje dziecko i moje, Morelli. Ale dni twoje będą dniami smutku — tego najdłużej trwającego wrażenia, jak cyprys jest najtrwalszym z drzew. Gdyż godziny twego szczęścia minęły; radości nie zbiera się po dwakroć w życiu, jak róże w Paestum dwa razy do roku. Nie będziesz więc bawił się z czasem w Tejana, lecz nieświadom mirtu i wina, będziesz włóczył ze sobą swą powłokę na ziemi, jak czynią Moslemici w Mecce.
— Morella! — zawołałem — Morella! skąd ty to wszystko wiesz? — Ale ona odwróciła twarz na poduszce, lekkie drżenie wstrząsnęło