Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiedziała o tem wszystkiem, ale nie łajała mnie; zdawała się mieć świadomość mej słabości czy mego szału i z uśmiechem na ustach nazywała je Losem. Zdawała się też posiadać świadomość przyczyny, mnie nie znanej, stopniowego słabnięcia moich względów; ale nie udzieliła mi wskazówki odnośnie do jej natury. A była przecie kobietą i cierpiała z tego powodu. Z czasem karmazynowy rumieniec pojawił się na policzkach, i niebieskie żyły na czole wystąpiły wyraźnie; jednej chwili czułem dla niej litość, ale następnej spotkałem jej pełne połysku i znaczenia spojrzenie, a wtedy dusza moja doznawała takiego zawrotu, jak człowiek, spoglądający w dół strasznej i niezgłębionej przepaści.
Czyż mam powiedzieć, że z utęsknieniem oczekiwałem śmierci Morelli? Istotnie; ale kruchy duch trzymał się swego glinianego schronienia przez wiele dni, przez wiele tygodni i nużących miesięcy, aż w końcu zdręczone nerwy opanowały umysł, i zwłoka w szał mnie wprawiała, i z sercem demona przeklinałem dni i godziny i gorzkie chwile, które zdawały się przedłużać pod koniec jej wątłego życia, jak cienie u schyłku dnia.
Pewnego jesiennego wieczoru, gdy wiatry leżały w niebie spokojnie, Morella wezwała mnie do swego boku. Gęsta mgła pokryła całą ziemię, a ciepły płaszcz wszystkie wody i wśród bujnych pa-