Strona:Edgar Allan Poe - Morderstwo na rue Morgue.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jej wargami, przestała żyć i nie słyszałem więcej jej głosu.
Lecz dziecko, zgodnie z jej przepowiednią, któremu umierając dała życie, a które nie wprzód zaczęło oddechać nim matka oddechać nie przestała, ale jej dziecko, ale córka żyła. Rosła ona dziwnie w postawę i rozum i była dokładnym portretem zmarłej, a kochałem ją mocniej niż przypuszczałem, że można kochać śmiertelną istotę.
Niebawem horyzont tego czystego afektu zachmurzył się, a ponurość, przerażenie i zmartwienie pokryły je. Wspomniałem, że dziecko dziwnie rosło w postać i rozum. Dziwnym zaiste był jej szybki wzrost w ciało, ale straszne, oh! straszne były bezładne myśli, tłoczące się we mnie na widok rozwoju jej własności umysłowych. Czyż mogło być inaczej, gdym odkrywał codziennie w koncepcyach dziecka władze i zdolności dojrzałej kobiety? gdy zdania pełne doświadczenia szły z ust dziecięcych? gdym co chwila widział mądrość i uczucie dojrzałego wieku, promieniejące z jej pełnego — myślącego oka? Gdy wszystko to stało się jasne dla moich zmysłów — gdym tego nie mógł dłużej ukrywać przed moją duszą — dziwiłem się tym podejrzeniom strasznej i podniecającej natury, które opanowały mego ducha, lub temu, że myśli moje opanowały dzikie opowiadania i wstrząsające teorye Morelli. Porwałem światu z przed oczu istotę, którą los kazał mi uwielbiać,