Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zabawę ludową i będziesz obserwował towarzystwa, które się udają statkami do Moabitu, to zauważysz nawet śród zwykłych dziewek służebnych i najemników dziennych — dążność do pewnej kurtuazyi, co jest bardzo pocieszne. W masie odbyło się to samo, co w pojedynczej jednostce; ten, który dużo widział, dużo doświadczył nadzwyczajności — zapomocą Nil admirari wypolerował swoje zewnętrzne obyczaje. Niegdyś lud berliński był surowy i brutalny; np. jeżeli obcy pytał o jaką ulicę, albo o dom albo o cokolwiekbądź, dostawał odpowiedź grubiańską albo szyderczą — albo też wprost fałszywą informacyę, która go prowadziła na manowce. Berliński ulicznik, który korzystał z najmniejszego pozoru, z nieco osobliwego kostyumu, ze śmiesznego zdarzenia, co się komu przytrafiło, i który je wyzyskiwał bezczelnie, taki ulicznik już nie istnieje. Gdyż owe andrusy — cygarniki pod bramą, którzy sprzedają „szczere hamburskie avec du feu“, obwiesie, co to kończą życie w Szpandawie albo w Straussbergu albo, jak to niedawno było jeszcze na eszafocie, nie są bynajmniej tem, czem właściwy ulicznik berliński, który wcale