Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie był włóczęgą, ale zazwyczaj terminatorem u majstra, i choć to śmiesznie mówić, przy całej bezbożności i zepsuciu, miał zawsze pewien punkt honoru a nie brakło mu też groteskowego dowcipu wrodzonego.
Ja. Drogi kuzynie, pozwól mi sobie co rychlej opowiedzieć, jak to mię taki rodzimy dowcip ludowy niedawno wielce zawstydził. Przechodzę koło bramy Brandenburskiej; dorożkarze z Charlottenburga ścigają mnie, ofiarując mi swe usługi; jeden z nich co najwyżej szesnasto, siedemnastoletni chłopak był tak bezczelny, że pociągnął mię za ramię swoją brudną pięścią. „Proszę bardzo nie dotykać mej ręki — mówię rozgniewany. — „No, panie — odparł wyrostek, nic sobie z tego nie robiąc i wlepiwszy we mnie oczy — no, panie! czemuż bym miał nie dotykać pańskiej ręki? czy może pan nie jest uczciwy człowiek?
On. Ha, ha! ten dowcip, to prawdziwy dowcip, ale wyłonił się z cuchnącej pieczary najgorszego zepsucia. — Dowcipy owocarek berlińskich i t. d. były zresztą sławne i nawet zaszczyt im się czyni, że się je zowie szekspirowskiemi, choć przy