Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak, to Koppelius, — powtórzył ojciec głosem słabym i złamanym. Łzy błysnęły w oczach matki.
— Ależ, mój mężu, — ośmieliła się zrobić uwagę, czyż to znowu powraca?
— Ostatni to już raz, przyrzekam ci. No, odejdź i zabierz dzieci. Idźcie spać, dobranoc wam.
Zdawało mi się, jakby mi kto zwalił na piersi całe brzemię zimnych kamieni; tchu mi zabrakło. Widząc to, matka wzięła mnie na ręce.
— Choć, chodź Natanaelu, chodź mój mały.
Kiedyśmy już byli w sypialni, zaczęła mnie całować i pieścić.
— Uspokój się, uspokój, moje dziecię, mówiła, zmów pacierz, połóż się i zaśnij.
Ale dręczony niepokojem i niewypowiedzianą trwogą, oka zmrużyć nie mogłem. Odrażający, straszliwy Koppelius, uparcie stał przedemną, z błyszczącemi jak próchno oczyma, z drwiącym swoim uśmiechem. Napróżno się starałem oddalić od siebie to widmo.
Było już około północy, kiedy znagła