Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


młodzieńcem. Uderzam w okno i wołam: „Czcigodna panno Albertyno, co czynisz, o czem myślisz w tej godzinie?“ W tej samej chwili jakaś istota ohydna wchodzi z ulicy Królewskiej, w biegu obrywa mi nogi od ciała i ucieka z wybuchami śmiechu. Ja, nieszczęsny sekretarz prywatny, upadłem w błoto i krzyczę: „Straże nocne, łucznicy policyjni, patrole przezacne — przybywajcie, przybywajcie na pomoc! Zatrzymajcie nędznika, co mi ukradł nogi!“ Ale naraz wszystko pociemniało i zamilkło w Ratuszu, a mój głos przepada w powietrzu. Gdy zaś ja tonę cały w rozpaczy, widziadło ukazuje się powtórnie i nogi w twarz mi ciska. Powstaję i pędzę w ulicę Szpandawską. I otóż, gdy chcę klucz włożyć we drzwi swego domu, widzę samego siebie, tak, samego siebie przed sobą; patrzę na siebie temi samemi wielkiemi, czarnemi oczami, jakie mam pod rzęsą — cofam się ze zgrozą — i wpadam na człowieka, który mnie obejmuje mocną ręką. Z halabardy w jego rękach, poznaję, że to strażnik nocny: „Ach, mój miły człowieku, mówię, uczyń mi tę przyjemność i przepędź tego łajdaka, sekretarza tajnego Tussma-