Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Rozkaz pański, panie justycyaryuszu, będzie spełniony, — odpowiedział Franciszek i wyszedł z sali, życząc nam dobrej nocy, chociaż koguty już piały.
— Posłuchaj-no kuzynku, — rzekł dziadek, wytrząsając fajkę w kominie, — jakie to szczęście, żeś się tak pięknie wywinął i z wilkami i z fuzyami nabitemi.
Teraz wszystko dobrze zrozumiałem, i zawstydziłem się, że dałem dziadkowi powód do postąpienia ze mną, jak z niesfornym dzieciakiem.
— Bądź tak dobry kuzynku, — mówił do mnie nazajutrz, — zejdź na dół i dowiedz się, jak się miewa baronowa. Zapytaj się tylko panny Adelajdy, a złoży ci pewno biuletyn dokładny.
Łatwo się można domyśleć, z jakim pośpiechem wybiegłem. W chwili jednak, gdy miałem zapukać do przedpokoju baronowej, nagle spotkałem się oko w oko z baronem. Stanął ździwiony, mierząc mnie przeszywającym wzrokiem.
— Czego pan tu chcesz? — zapytał porywczo.
Chociaż mi serce silnie uderzyło w piersi, odpowiedziałem jednak spokojnie: