Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziadek nagle powstał i zawołał głośno:
— Franciszku, czy to ty jesteś?
— Tak, łaskawy panie justycyaryuszu, — odpowiedział stary za drzwiami.
— Franciszku — mówił dalej dziadek — zapalcie trochę ognia na kominie, i jeśli można, przygotujcie parę filiżanek dobrej herbaty. Dyabelnie zimno, — zwrócił do mnie mowę, — a przy kominku wybornie możemy sobie pogawędzić.
Dziadek drzwi otworzył, poszedłem za nim machinalnie.
— Co tam się dzieje na dole? — zapytał znowu.
— E, — odpowiedział Franciszek — nic ważnego nie było, jaśnie pani baronowa znów jest zdrowiuteńka; miała jakiś sen nieprzyjemny, od którego dostała lekkiego napadu mdłości.
Byłbym wykrzyknął z radości, gdyby mnie nie powstrzymał surowy wzrok dziadka.
— Tak, — mówił stary dalej — w gruncie rzeczy byłoby lepiej, gdybyśmy jeszcze parę godzinek przespali.
— Bądźcie tylko tak dobrzy, Franciszku, nie zapomnijcie o herbacie.