Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odrzekł dziadek, — tylko nie uwierzysz, jak to komicznie wygląda, gdy taki młokos jak ty, śmiesznie się nadyma, iż Bóg dobrotliwy, w szczególniejszej swej łasce, wydobył go z nieszczęśliwego wypadku. Miałem towarzysza na uniwersytecie; był-to człowiek łagodny i rozsądny. Otóż przypadkiem zaplątał się w jakąś sprawę honorową, i chociaż go wszyscy bursze mieli za wielkiego tchórza, postąpił sobie z taką stanowczością i odwagą, iż powszechne wzbudził uwielbienie. Ale od tego czasu zupełnie się odmienił. Z pilnego i spokojnego młodzieńca, stał się przechwalcą i nieznośnym zawadyaką. Bawił się, hulał i bił o lada drobnostkę, aż wreszcie senior jednego ze stowarzyszeń uniwersyteckich, które publicznie obraził, wyzwał go na pojedynek i zabił. Opowiadam ci to kuzynku, ot tak sobie, możesz myśleć, co ci się podoba. Wracając znów do choroby baronowej...
W tej chwili dało się słyszeć ciche stąpanie po sali, i zdało mi się, że żałosne westchnienie rozeszło się w powietrzu.
— Ona tam jest!
Jakaś myśl straszliwa błysnęła mi w głowie.