Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


innego, tylko dyabeł w różny sposób swoje sztuczki płata; samochcąc wpadłeś mu w pazury, teraz harce z tobą wyprawia.
Znów przeszedł kilka kroków i mówił dalej:
— Sen już przepadł, cóż robić? możeby nieźle było wypalić fajkę i tak ubić parę godzin, nim zadnieje.
Powiedziawszy to, zdjął ogromną fajkę ze ściennej szafy, nałożył ją zwolna, nucąc sobie pocichu jakąś piosenkę, potem wyszukał między papierami ćwiartkę papieru, rozdarł ją, zrobił fidibus i zapalił. Wypuszczając gęste kłęby dymu, rzekł od niechcenia:
— No kuzynku, jakże-to było z temi wilkami?
Nie umiem wypowiedzieć, jak ta jego spokojność w dziwny sposób oddziałała na mnie. Zdało mi się, jakbym wcale nie był w K.; baronowa była ode mnie tak daleko, że ledwie myśl skrzydlata mogła za nią pogonić. Ostatnie przecież słowa, rozdrażniły mnie wielce:
— Czyliż i moja przygoda na polowaniu jest tak zabawną, iż zasługuje na szyderskie żarciki?
— Ależ bynajmniej, panie kuzynku, —