Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się włóczyć, aby cię odszukać, mój panie, pogromco wilków.
Słowa duch-upiór, wymówione w tych miejscach, niemiłe uczyniły na mnie wrażenie; na raz stanęły mi przytomnie w umyśle owe straszliwe zjawiska nocne; jak wówczas dął wiatr morski w potężne organy, szyby w oknach przeraźliwie brzęczały, księżyc rzucał bladawe światło na ową tajemniczą ścianę, na której dało się słyszeć drapanie. Zdało mi się, że dostrzegam na niej krwawe ślady. Panna Adelajda, która mnie ciągle za rękę trzymała, musiała poczuć te zimne dreszcze, które mnie przejmowały, bo zawołała zcicha:
— Co panu jest? kostniejesz cały. Potrafię cię ożywić. A wiesz pan, że baronowa wcale się nie spodziewa ujrzeć pana. Nie chce dać wiary, że w istocie wilk pana nie rozszarpał. Dręczy się okropnie. Ach, mój przyjacielu, cóżeś to z Serafinki uczynił? Jeszcze jej nigdy w podobnem usposobieniu nie widziałam. A... jak teraz szybko puls bije! Otóż zmarły jegomość nagle zmartwychwstał. No chodź-że pan, tylko pocichu...
I, milcząc, dałem się prowadzić. Spo-