Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/66

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


Teraz zabrałem się pilnie do roboty: panna Adelajda, a nawet baronowa szczerze mi pomagały, próbując każdego klucza. Jeden z nich zaczął nieźle naciągać. Obie głośno objawiły swą radość. W tem zasyczała struna i pękła, przestraszone cofnęły się.
Baronowa swemi delikatnemi rączkami przerzuca ostre druciane struny, i podaje mi numery, jakich potrzebuję; gorliwie trzyma rolki, które ja rozwijam, ale te znów się zwijają. Baronowa się niecierpliwi, panna Adelajda się śmieje, a ja tymczasem idę za rozwijającym się kłębkiem w kąt pokoju, i wszyscy razem staramy się całą strunę wydobyć, ale i ta wyciągnięta, zrywa się. Nakoniec, po wielu niemałych trudach, właściwe struny się dobrały i z bezładnego brzęczenia wydobywały się czyste i dźwięczne akordy.
— Wybornie, wybornie, —- zawołała baronowa, — spoglądając na mnie z miłym uśmiechem, — fortepian się dostraja.
Wspólne te zabiegi i trudy razem podjęte, szybko rozpędziły chłodną powściągliwość, jakiej etykieta wymaga; powzięliśmy ku sobie wzajemną ufność, która jak iskra elektryczna wstrząsnęła mną