Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i na odległem południu spotykamy, nazywała każdego po imieniu) instrument już mamy, — rzekła do mnie uprzejmie — daj Boże, aby się okazał godnym pańskiego talentu.
Skorom tylko pokrywę otworzył, zachropotało mnóstwo strun pozrywanych, a gdym uderzył akord, dały się słyszeć jakieś niesforne, straszliwe głosy; struny, które pozostały, były rozstrojone.
— Znowu widać organista ze swemi delikatnemi rączkami, — zawołała, śmiejąc się panna Adelajda. Baronowa zaś rzekła ze smutkiem:
— Ach, to prawdziwe nieszczęście! ja tu widać najmniejszej przyjemności znaleźć nie mogę!
Przepatrzyłem schowanka instrumentu, i szczęśliwym trafem znalazłem kilka zwitków strun, ale klucza nigdzie odszukać nie było można. Nowe żale! A kiedy powiedziałem, że każdy klucz zwyczajny może się tu przydać, byle jego ząb przystawał do kołeczków, wtedy baronowa i panna Adelajda ucieszone, zaczęły biegać tu i owdzie, tak, że w niedługim czasie naznosiły mi cały stos różnych stalowych kluczyków.