Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


natykami. Nazajutrz nic nie wiedzą, co się z nimi działo, nie pamiętają o tem, co czynili, jakby na jawie.
Daniel wciąż milczał.
— Podobnych rzeczy, jużem się dawniej napatrzył, — mówił znów V. — Miałem przyjaciela. który tak samo, jak ty odbywał nocne przechadzki, gdy księżyc był w pełni. Szczególniejsza zaś, iż udało mi się z nim rozmawiać, gdy pocichu do ucha zacząłem mu szeptać; niekiedy nawet siadał przy stole i pisał list. Odpowiadał mi należycie na pytania, jakie mu czyniłem; niekiedy wymykało mu się z ust to, czego najtroskliwiej unikał, będąc w stanie przytomnym; widocznie nie mógł oprzeć się sile, która nań działała. Do kata! ja sądzę, że lunatyk, choćby nie wiem jak długo ukrywał popełnioną jaką niegodziwość, to zawsze w końcu się wyda, gdy się go w tym stanie pociągnie za język. Nic to nie obchodzi takich, co mają czyste sumienie, jak my obadwa, nie prawdaż, mój Danielu? My bezpiecznie możemy być lunatykami; nikt się od nas o żadnej zbrodni nie dowie. Ale powiedz mi Danielu, ty zapewne chcesz się dostać do wieży astronomicznej, gdy tak prze-