Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mu. Kielichy zadzwoniły głośno wśród wesołej wrzawy. Radość i zwątpienie przejmowały mnie na przemian; wino rozpłomieniło mnie do reszty tak, iż wszystko kręciło się w koło, zdało mi się, że wobec wszystkich padnę u jej nóg i ducha wyzionę.
— Co panu jest? — to zapytanie sąsiada upamiętało mnie, ale Serafina zniknęła.
Wstaliśmy od stołu. Chciałem zaraz odejść, Adelaida mocno mnie trzymała; mówiła ze mną o różnych rzeczach, słuchałem, ale nie rozumiałem ani słówka. Ujęła mnie za obie ręce i z głośnym śmiechem coś do ucha szeptała. Bezwładnością skrępowany, stałem głuchy i niemy. Wiem tylko, że machinalnie wziąłem z rąk Adelaidy kieliszek likieru i wypiłem go, że znalazłem się sam przy oknie, potem wybiegłem z sali na schody, i podążyłem do lasu. Śnieg padał gęstymi płatami, ponure sosny jęczały wichrem miotane. Jak szalony biegałem po lesie, wykrzykując: hej! ha! Snadź dyabeł wyprawiał ze mną swój taniec.
Nie wiem, jakby się te szaleństwa skończyły, gdybym nie usłyszał, że mnie po imieniu wołano. Wypogodziło się już, księ-