Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


życ jasno przyświecał przez poszarpane chmury; doleciało naszczekiwanie psów. Jakaś dziwaczna postać zbliżała się do mnie. Był to stary strzelec.
— Hej, hej, kochany panie Teodorze, — wołał stary — toć pan zabłądził w tę straszną zawieruchę, a pan justycyaryusz oddawna oczekuje pana z wielką niecierpliwością.
Milcząc, poszedłem za strzelcem. Zastałem dziadka pracującego w sądowej sali.
— Dobrze zrobiłeś — rzekł do mnie na samem wejściu, — bardzo dobrze, żeś się trochę przewietrzył i porządnie ochłodził. Nie pijże tak dużo wina, jesteś do tego jeszcze zamłody, to ci szkodzi.
Ani słowa nie odpowiedziawszy dziadkowi, zasiadłem przy stole do pisania.
— Powiedz mi też, kochany kuzynku, czego właściwie chciał baron od ciebie?
Opowiedziałem mu wszystko, dodawszy, iż wcale nie myślę dać się użyć do tej wątpliwej zresztą kuracyi, jaką sobie baron zamierzył.
— I nie byłaby możliwa do wykonania — przerwał mi dziadek, — ponieważ, mój kuzynku, odjeżdżamy jutro raniuteńko!