Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiedziałem szybko i cicho, nie śmiejąc spojrzeć dziadkowi w oczy.
— A do stu katów! — rzekł dziadek, niby ździwiony, — tego się nie spodziewałem. Zapewne baron wyzwał cię na pojedynek?
Z głośnego śmiechu dziadka poznałem, że i tym razem, jak zwykle, do gruntu mnie przeniknął. Zaciąłem zęby, nie odpowiedziałem ani słówka, nie chcąc narażać się na uszczypliwe docinki, które już igrały na ustach dziadka.
Baronowa ukazała się przy stole w ślicznem białem ubraniu, świeżością swoją przewyższającem śnieg padający. Wyglądała blada i znużona; gdy jednak mówiąc swym cichym i melodyjnym głosem, podniosła czarne oczy, wtedy słodkie, tęskne pragnienie błyskało z przyćmionego ich żaru, i przelotny rumieniec krasił jej lica liliowe. Była piękniejsza niż kiedykolwiek.
Któż zbada wszystkie szaleństwa młodzieńca z zapaloną głową i sercem? Gorzką nienawiść, jaką powziąłem do barona, przeniosłem na baronową. Wszystko wydało mi się, jak świętokradzka jakaś mistyfikacya; chciałem więc pokazać, żem