Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

czynić będzie wrażenie, jak każda inna cudowna bajeczka, którąby znalazła w jakim romansie, lub zajmującej książce o duchach. Uczyń to, kochany przyjacielu.
Powiedziawszy to, baron pożegnał mnie. Byłem zgnębiony, upokorzony w głębi swej duszy; uważano mnie tu jako nic nieznaczącego, głupiego chłopca. I ja, szalony, mniemałem, że zazdrość jego piersi rozdziera, a on sam wyprawia mnie do Serafiny, widząc we mnie posłuszne swej woli, bezmyślne narzędzie, którego używa lub które odrzuca, według upodobania. Przed kilku minutami lękałem się barona, poczuwając się w gruncie serca do winy, ale ta wina dawała mi poczuć życie wyższe, wspanialsze, do którego się piąłem. Teraz wszystko czarna noc pochłonęła, i widziałem tylko chłopca, który w dziecinnej przewrotności kładł sobie na rozpaloną głowę papierową koronę, uważając ją za prawdziwą złotą. Pośpieszyłem do dziadka, który już czekał na mnie.
— A cóż to, kuzynku, gdzie tak długo bawiłeś? — zawołał na mnie zdaleka.
— Rozmawiałem z baronem, — odpo-