Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
216
JULIUSZ CEZAR.
(Pindar nadchodzi).

Pindar. Chroń się, o, Panie, chroń się stąd czemprędzej!
Marek Antoniusz jest już w twym obozie.
Chroń się, szlachetny Panie.
Kasyusz. Na tym wzgórku
Bezpieczny jestem. Patrzno, Tytyniuszu,
Nasz-że to obóz tam, gdzie widzę ogień?
Tytyniusz. Tak, to nasz, wodzu.
Kasyusz. Tytyniuszu, siadaj
Na mego konia, utop w nim ostrogę,
I póty ją w nim dzierz, aż cię zaniesie
Do tych pułków tam, i tu wróci z tobą;
Chcę bowiem wiedzieć, czyli owe pułki
Są przyjacielskie, czy nieprzyjacielskie.
Tytyniusz. Za chwilę będę tam i nazad, wodzu.

(Wychodzi).

Kasyusz. Wstąpno, Pindarze, wyżej na ten wzgórek,
Bo ja mam tępy wzrok; śledź Tytyniusza,
A jak co ujrzysz w polu, to mi powiedz,

(Wychodzi Pindar).

Dziś się rodziłem: czas obiegł swe koło.
Gdziem zaczął, tam i skończę; życie moje
Stoi u mety. Cóż tam?
Pindar (ze wzgórka). O, Panie!
Kasyusz. Cóż tam?
Pindar. Tytyniusz został otoczony jazdą;
Ze wszech stron godzą nań. On sadzi naprzód.
Już są tuż przy nim. Broń się Tytyniuszu!
Ha! oto zsiada z koni kilku jeźdźców:
On także zsiada. Wzięli go!

(Okrzyk).

Wydają
Okrzyk radości.
Kasyusz. Znijdź, nie patrz już więcej,
Jakiżem podły tchórz, że jeszcze żyję,
Kiedy najlepszy mój przyjaciel został
W pęta ujęty przed memi oczyma.

(Pindar wraca.)