Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
209
AKT CZWARTY. SCENA TRZECIA.

Twe ołowiane berło na tem dziecku,
Które cię pieśnią chce zakląć? Spij słodko,
Lube pacholę, nie będę tak srogim,
Iżbym cię budził. Lecz on zgniecie lutnię,
Jak się pochyli, odłóżmy ją na bok.
Dobranoc, mój ty chłopczyno.

(Bierze książkę).

Zobaczmy,
Czy nie ma czasem znaku, gdzie stanąłem
A! tu podobno.

(Siada).
(Wchodzi duch Cezara).

Jak źle się pali ta świeca! — Na bogi!
Któż się to zbliża? Chorobaż to wzroku
Stawia przedemną to widmo okropne?
Zbliża się ku mnie. — Stój! powiedz, czem jesteś,
Straszliwa maro, od której widoku
Krew moja marznie i włos mój się jeży?
Jest-żeś ty jakim rzeczywistym tworem.
Bóstwem, aniołem lub wyrzutkiem piekieł?
Mów!
Duch. Jestem twoim złym duchem, Brutusie.
Brutus. Po coś tu przyszedł? Czego chcesz?
Duch.Przyszedłem
Powiedzieć tobie, że mnie wkrótce ujrzysz
Pod Filippami.
Brutus. Dobrze, mam więc ciebie
Zobaczyć znowu?
Duch. Tak, pod Filippami.

(Znika).

Brutus. Pod Filippami mam cię tedy ujrzeć!
Teraz gdy serca nabrałem, ty znikasz,
Złowrogi duchu, byłbym był rad dłużej
Z tobą pomówić. Hej, Lucyuszu, wstawaj!
Warro, Klaudyuszu, wstawajcie, wstawajcie!
Klaudyuszu!
Lucyusz. Struny fałszywe są, Panie.
Brutus. Myśli, że jeszcze przygrywa na lutni.
Lucyuszu, przebudź się!