Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Albo bezwartościowa makulatura, albo kilkaset tysięcy. Nie wiem. Otwórz i zobacz.
Czaban rozciął kopertę, wyjął z niej drugą i z niej paczkę starannie złożonych papierów. Przejrzał kilka z brzegu, poczerwieniał i podniósł na Murka oczy:
— Skąd to masz?
— To obojętne. Mam i tyle.
Czaban zagwizdał:
— Fiu, fiu, nie wiedziałem, że ty takie ecie-pecie potrafisz... To poważna sprawa...
Murek usiadł i zapalił papierosa, Czaban zaś systematycznie przeglądał papiery, arkusz po arkuszu.
— To komplet? — zapytał.
— Pełny komplet. Wystarczy każdemu. I nam też, jako bilet wolnej jazdy na szubienicę.
— Daj spokój — skrzywił się Czaban i zastukał zgiętym palcem w drewniany spód szuflady. — Powiedz lepiej, czy tego szukają? Skradzione z fabryki?
— Nie szukają, bo nie skradzione. Same kopje, fotografje i odpisy. Zresztą, gdyby nawet szukali, to od paru lat musieli już przestać.
— Od paru lat? — z rozczarowaniem zapytał Czaban. — Więc to już może być nic nie warte?
— Może być. Ale nie sądzę. Przekonamy się o tem, gdy znajdziemy kupca. Jeżeli oczywiście zechcesz ryzykować głową.
— Co znaczy, czy zechcę? — wykrzyknął Czaban. — Muszę!
Poderwał się z miejsca i zaczął chodzić po pokoju, mrucząc pod nosem:
— Kto to kupi?... Kto to kupi?...
Murek rozłożył ręce:
— Nie wiem.