Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podanie o rehabilitację złożone na imię Prezydenta Rzeczypospolitej.
Murek machnął ręką:
— Ach, to?... Dawne dzieje.
— Otóż, przycisnąłem go i obiecał solennie, że sprawdzi, jak się rzecz przedstawia i da mi znać. Jeżeli zatem mógłby pan poczekać z wyjazdem... kilka dni. Tembardziej, że i dziecko wolałbym jeszcze jakiś czas mieć na oku. Takie, przed terminem urodzone dzieci wymagają szczególnie pieczołowitej opieki. Pan zaś, jako samotny, musiałby powierzyć opiekę osobom obcym.
— Dobrze — zgodził się Murek.
— Wstąpimy do nas? — zaproponował Lipczyński. — Zobaczy pan Franka.
— Wstąpię. Tembardziej, że chciałbym zabrać tę kopertę, którą pan był łaskaw wziąć na przechowanie.
Niemowlę było brzydkie podawnemu, lecz nie tak czerwone. Pani Lipczyńska utrzymywała, że jest śliczne i zmartwiła się wiadomością, że Murek chce je zabrać. Zaczęła go przekonywać i namawiać, lecz nie zgodził się. Zapowiedział w końcu, że jeszcze się namyśli. W istocie, pragnął przed decyzją rozmówić się z Tunką.
Narazie zabrał depozyt i wrócił do Medany.
— Dam mu to i niech robi, co chce — myślał, idąc do Czabana.
Zastał go w gabinecie, użerającego się z delegacją pracowników o zaległe pensje.
— Niech panowie zostawią nas samych — powiedział stanowczym tonem. — Przypuszczam, że wkrótce będziemy mogli wypłacić zaległości.
Gdy wyszli, sprawdził, czy nikt nie może podsłuchiwać, pozamykał drzwi na klucz, i położył przed Czabanem kopertę.
— Co to jest? — zapytał Czaban.