Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


go z tak dobrym braciszkiem. Obudź go, bo czas nam w drogę.
— Ale Paweł jest strudzony, dodał Jakób, nie będzie mógł iść tak prędko jak pan.
— Nic nie znaczy, odpowiedział uspakajając nieznajomy, posadzę go na grzbiecie Kapitana; zaraz to zobaczysz.
Podróżny ostrożnie podniósł śpiącego chłopczynę i ułożył na grzbiecie olbrzymiego psa w postaci leżącej, zwracając głowę do karku kapitana, potem zdjąwszy ze siebie płaszcz, pod którym miał mundur wojskowy, rozciągnął go jak derkę i dla zabezpieczenia od spadnięcia przywiązał rękawami pod brzuchem psa.
— Jakóbie, rzekł następnie, weź swój kaftan, bo go już brat nie potrzebuje i okryj się, będzie ci daleko cieplej. A teraz, dalej w drogę!
Jakób powstał, wnet jednak zatoczył się i upadł na ziemi. Łzy puściły się z jego oczu, czuł bowiem ze jest osłabiony, zesztywniały z chłodu i ze nie będzie mógł iść żadną miarą.
— Czyś chory mój chłopcze? zapytał zaniepokojony podróżny.
— Bynajmniej, odpowiedział Jakob, tylko że mi brak siły. Już od wczoraj nie miałem nic w ustach, bo ostatni kawałek chleba oddałem Pawłowi.
Podróżny nie mogąc powstrzymać się od łez, wyjął z torby chleb, ser, oraz tykwę z jabłecznikiem, podał je chłopcu i odkorkował flaszkę.