Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


młodszy miał je ciepłe, gdy przeciwnie starszy zdawał się być zupełnie skostniałym od chłodu. Przez liście drzewa spadło kilka kropel deszczu, które zmoczyły rękaw jego koszuli.
— Biedne dzieci! rzekł nieznajomy półgłosem, zginą z chłodu i głodu, bo nie widzę tutaj ani żadnych zapasów żywności ani cieplejszej odzieży. Jak to można takie drobne istoty pozostawiać same na drodze. Co tu czynić? Pozostawić je tutaj, to to samo co pozwolić im umrzeć. Wziąć je ze sobą? Przedemną jeszcze daleka droga, nie wytrzymają tej podroży.
Gdy tak rozmyśla nieznajomy, pies zaczął głośno szczekać. Hałas ten zbudził ze snu starszego chłopca. Otworzył oczy, spojrzał na nieznajomego, zdumionym, ale pełnym prośby zwrokiem i rzekł zwracając się do psa:
— Cicho! Cicho! Proszę cię, nie rób hałasu i nie budź biednego Pawła, bo im dłużej śpi, tem mniej cierpi. Czy widzisz jak go starannie okryłem. Ciepło mu.
— A ty, biedny chłopcze, przemówił nieznajomy, tobie dobrze zimno, nieprawdaż?
— To nic nie szkodzi, odpowiedział, jestem już duży i mocny, gdy Paweł malutki jeszcze i skoro mu zimno lub głodny zaraz płacze.
— Jakże się nazywasz, moje biedne dziecko? zapytał podróżny.
— Nazywam się Jakób a mój brat Paweł, odpowiedział zapytany.