Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


policzki i uśmiech na ustach i nie zdawał się doświadczać ani zimna ani głodu, jak jego starszy brat.
Biedne dzieciaki jeszcze spały, gdy na trakcie, z brzaskiem dnia, pojawił się jakiś człowiek z pięknym psem rasy, znanej pod nazwiskiem Św. Bernarda
Podróżny wyglądał na wojskowego. Nie oglądając się ani na prawo, ani na lewo, szedł prosto gwiżdżąc a za nim krok w krok jego wierny towarzysz, pies. Kiedy obaj zbliżyli się do wspomnianego na początku dębu, pod którym spali chłopcy, pies podniósł w górę głowę, nadstawił uszy i pobiegł ku drzewu, wcale nie szczekając. Spojrzał na dzieci, obwąchał je, polizał po rękach i żeby ich nieprzebudzić, zaczął z cicha skomleć, przywołując w ten sposób swego pana.
Nieznajomy przystanął, a obejrzawszy się dokoła, zawołał na psa:
— Kapitan tutaj! Kapitan!
Kapitan jednak nie ruszył się z miejsca, lecz coraz głośniej skomlał.
Podróżny domyślił się, że w tem coś niezwykłego, dlatego też zbliżył się do psa i z wielkiem przerażeniem spostrzegł dwoje opuszczonych dzieci.
W pierwszej chwili przeląkł się, czy już nie poumierały, kiedy jednak nachylił się nad nimi, posłyszał lekki tychże oddech. Dotknął przytem ręką policzków chłopców i przekonał się, że