Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


terne spojrzenie. Domyśliła się więc, że zamyśla o nowym jakimś żarcie, ale nie miała o tem pojęcia, co rzeczywiście generał sobie uplanował.
Pod koniec obiadu generał z bolesnem westchnieniem odezwał się do Elfy:
— Jutro będzie dla ciebie dzień smutny, moje biedne dziecię.
— Dla czego? zapytała Elfy nieco przestraszona.
— Ponieważ jutro odjeżdżamy oba, ja i Moutier.
— Jutro więc? zawołała wylękła bardzo. Dla czegoż tak nagle?
— Po złożeniu koniecznych w sądzie zeznań, moje drogie dziecko, nic nas tu już nie zatrzyma i powinniśmy natychmiast rozpocząć leczenie się.
— Więc sama, dobrowolnie, przyspieszyłam ten wyjazd, rzekła do siebie Elfy.
— Należy przecie raz już rozpocząć tę kuracyę, mówił generał. Im prędzej pojedziemy, tem prędzej wrócimy; tem bliższy będzie wasz dzień połączenia się. Zawsze więc zyskacie na tem oboje.
— Prawda... lecz...
— Lecz... dokończył generał. Być może, że zechcesz nam towarzyszyć, aby mię pielęgnować. Już nawet porozumieliśmy się i jestem gotów cię zabrać ze sobą.
— Jakiż to znowu projekt? zawołała wesoło Elfy. Pan masz zawsze takie plany... plany...