Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


panie Moutier, zawołał wylękły sędzia, idź przeproś go mojem imieniem i nakłoń, żeby wrócił do sali, bo musi być przedewszystkiem wysłuchany.
Moutier wyszedł prędko i dogonił generała, który z mocno zaczerwienioną twarzą, zirytowany tak, że aż mu żyły wyprężyły się na czole, sapiąc, krokiem podwójnym, zmierzał do gospody.
Kiedy Moutier oświadczył mu życzenie sędziego, spojrzał płomienistym, gniewnym wzrokiem na żołnierza i rzekł głosem chrapliwym:
— Nigdy, tę moją odpowiedź zanieś gburowatemu sędziemu. Zapewne pamięta co mu oświadczyłem.
— Ależ panie generale, pańskie zeznanie stanowi podstawę sprawy i bez niego obejść się nie można.
— Niech sobie wyobrażą, że zostałem istotnie zamordowany, odparł generał.
— Przecież tak nie jest...
— Dlaczegóż mi zatem kazał opuścić salę? Naprzód już o wszystkiem chciałem mu opowiedzieć; ale nie dał wiary temu, co mówiłem, niechże sobie teraz radzi bezemnie.
— Zacny panie generale, zaklinam pana, nie czyń tego.
— Nie, nie wrócę, nigdy, pod żadnym pozorem, krzyknął generał. Nie wyjdę z mojego pokoju dopóty, dopóki się wszyscy nie rozjadą.
Generał to wyrzekłszy wszedł do swego pokoju, zamknął drzwi i zatarł ręce z radości