Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Bourniera i bratu, dwóch zaś żandarmów wyniosło z wozu na materacu oberżystę stękającego głośno, za każdem poruszeniem i złożono go na podłodze.
Sędzia śledczy przywoławszy żandarma, rzekł:
— Idź i sprowadź tu światków oraz oskarżycieli.
Żandarmi odeszli celem spełnienia rozkazu, gdy tymczasem pojawił się generał i usiadł naprzeciw Bouruiera, który go mierzył gniewnym, płomienistym wzrokiem.
— Nicponiu! łotrze! zawołał generał.
— Kto to jest? zapytał sędzia śledczy. Czego ten pan tu chce? Niech się natychmiast oddali.
— Daruj pan, odpowiedział generał, przybyłem, ponieważ mnie zawezwano, muszę złożyć zeznanie, chyba, że panowie nie życzycie sobie mnie wysłuchać.
— Niech no pan trochę grzeczniej odzywa się do władzy. Obcy nie należą wcale do powołanych na świadków, jeżeli więc pan nie zechcesz dobrowolnie ustąpić, dam rozkaz, żeby pana wyprowadzono, odpowiedział z gniewem urzędnik.
— Co? rozkaz? Wiedz pan zatem, że oprócz księcia, który zbyt daleko ztąd mieszka, żadnego innego rozkazu od nikogo nie przyjmuję. Skoro mię pan zmusisz do opuszczenia izby, nadużyjesz swej atrybucyi urzędowej. Nareszcie powiem panu, że skoro raz ztąd wyjdę, żadna siła ludzka