Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ojciec był ciągle smutny i ciągle nadaremnie starał się o dostanie roboty.
Jednego dnia, opowiadał chłopczyna, przybyli żandarmi, ażeby uprowadzić ze sobą ojca, nie chciał on z nimi iść, mówiąc: Moje biedne dzieci! Moje biedne dzieci! przyczem je ściskał serdecznie. Jednakże żandarmi oświadczyli, że musi iść z nimi koniecznie, że mają rozkaz, przyprowadzenia go. Jeden z żandarmów dał mi kawałek chleba, mówiąc:
— Pozostań tu chłopcze ze swoim bratem, przyjdą wkrótce po was obu.
Czekałem dość długo, ale nikt nie przyszedł; wówczas wziąłem Pawła za rękę i udaliśmy się w drogę, gdzie nas oczy poniosą. Po dość długiej podróży przybyliśmy do jednego domu, którego mieszkańcy właśnie siedzieli przy kolacyi. Prosiłem o odrobinę zupy dla Pawła; posadzili nas przy stole, dali nam obudwom po wielkim talerzu zupy, następnie przygotowali dla nas łóżko i przespaliśmy się. Nazajutrz ofiarowano nam mleko i chleb, a nakoniec napełniwszy nasze kieszenie chlebem, wyrzekli:
— Idźcie dzieci, niech was Bóg strzeże i broni!
Oddaliliśmy się i szliśmy ciągle przez kilka dni. Wczoraj niespodzianie zaskoczył nas deszcz w drodze, a tu tymczasem nie widać było nigdzie ani chaty ani domu. Dałem bratu chleb, który zdołałem jeszcze zachować w zapasie, nakładłem mu liści pod drzewem i położyłem na nich Pa-