Strona:Dante Alighieri - Boska komedja (tłum. Porębowicz).djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


10 
Tedy po bokach bije się nieboże,

Do izby wraca i z żalu się słania;
Lecz się zaśmieje i otuchą wzmoże,

13 
Widząc zmieniony świat do niepoznania

Za małą chwilę; kostur bierze krzywy
I na pastwisko chudobę wygania.

16 
Tak się zaląkłem, kiedym frasobliwej

Na czole Mistrza mego dostrzegł chmury;
Lecz on wnet polał na ranę oliwy,

19 
Bo ledwie wstąpił na zwalone mury,

Ku mnie się zwrócił w tak słodkiej postawie,
Jak tam raz pierwszy u podnóża góry.

22 
Potem po krótkiej sam z sobą rozprawie

Otwarł ramiona, chwycił mię w pół ciała,
Spojrzawszy wprzódy po ruin dzierżawie.

25 
A jako człowiek co waży i działa,

Lecz chce, by czyn miał bezpieczeństwa znamię,
Tak on stawiając gdzie grań wysterczała,

28 
Już mi wskazywał drugą. »Na tym złamie«,

Mówił, »oprzej się i dobrze obramień,
A przedtem spróbuj, czy się nie załamie«.

31 
Nie chodzić tędy za zbrodnię omamień

W ołów zakutym, gdy on niewcielony,
Ja podpierany, z kamienia na kamień

34 
Ledwo stąpamy; i gdyby z tej strony

Stok nie był wiele niższy niż z poprzedniej,
To nie wiem, czy on, — ja padłbym zemdlony.

37 
Lecz że Złe-Doły ku studni ośredniej

Całe się chylą, zatem ściany jarów
Są ułożone w sposób odpowiedni: