Strona:D. M. Mereżkowski - Julian Apostata.pdf/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A więc bądźcie przeklęci, wy i wasze mowy kłamliwe! — zawołała. — Bądźcie przeklęci, którzy porywacie dzieci od matek, którzy kusicie niewiniątka, ludzie w czarnej odzieży, lękający się światła, słudzy Ukrzyżowanego, nienawidzący życia, burzyciele wszystkiego, co piękne i radosne!
Twarz jej wykrzywiła się kurczowo; przycisnęła silniej syna do drżącego cięła i zdławionym głosem przemawiała do niego:
— Znam ciebie, dziecko moje... ty nie odjedziesz... Ty nie możesz... nie możesz...
Stary Dydym z laską w ręku stanął w pobliżu drzwi otwartych, wiodących do katakumb, i uroczystym głosem przemówił:
— Po raz ostatni w Imię Boga Żywego rozkazuję ci, mój synu, pójść za mną i opuścić ją.
Wtedy niewiasta odstąpiła od syna, mówiąc z jękiem:
— Dobrze więc... opuść mnie... odejdź.. jeżeli możesz...
Łzy nie płynęły już z jej oczu, ręce opadły w rozpaczliwym ruchu. Czekała. Wszyscy milczeli.
— Panie.... wspomóż mnie, natchnij mnie! — modlił się Juwentyn, szarpany śmiertelnym smutkiem.
— „Jeżeli kto idzie do mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego, i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, nawet i duszy swojej, nie może być uczniem Moim” — wygłosił Dydym i już przy samych drzwiach, po raz ostatni zwracając się do Juwentyna, rzekł:
— Pozostań w świecie. Wyparłeś się Chrystusa. Bądź przeklęty teraz i na wieki!
— O, nie odtrącaj mnie, ojcze! Idę za tobą... Panie! Oto jestem! — zawołał Juwentyn, podążając za swym nauczycielem.
Matka nie poruszyła się nawet, żeby go zatrzymać; ani jeden muskał nie drgnął na jej twarzy; skoro jednak