Strona:D. M. Mereżkowski - Julian Apostata.pdf/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


glądali na nią w milczeniu. Jednym ruchem ręki odrzuciła zasłonę z twarzy, a Juwentyn wykrzyknął:
— Moja matka!
Dydym powstał surowo.
Kobieta padła do nóg syna i poczęła je całować. Kosmyki siwych włosów opadły jej na twarz bladą, wynędzniałą, ale zachowującą jeszcze ślady piękności iście patrycyuszowskiej. Juwentyn ujął w dłonie głowę matki i pokrywał pocałunkami.
— Juwentynie! — zawołał starzec.
Młodzieniec nic nie odpowiedział.
Matka jego, jak gdyby sami byli, poczęła szeptać radośnie, z pośpiechem:
— Myślałam; żejuź cię nigdy nie zobaczę, mój synu! Chciałam jechać do Aleksandryi. O, byłabym cię odnalazła nawet wśród pustyni. Ale teraz — nie prawdaż? wszystko się zmieni. Powiedz, że mnie nie porzucisz. Zaczekaj na śmierć moją! Potem... uczynisz, co ci się będzie podobało...
Starzec ozwał się znowu:
— Juwentynie, czy nie słyszysz?
— Starcze! — wyrzekła patrycyuszka, spoglądając na ociemniałego — nie zabierzesz matce syna!.. Słuchaj, jeżeli tego potrzeba, wyrzeknę się wiary ojców... uwierzę w Ukrzyżowanego, zostanę zakonnicą!
— Nie pojmujesz zakonu Chrystusowego, poganko! Matka nie może być zakonnicą, zakonnica nie może być matką!
— Porodziłam go w boleściach — on mój!..
— Nie miłujesz w nim duszy, jeno ciało!
Patrycyuszka rzuciła na Dydyma spojrzenie pełne nienawiści.