Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wiała koziołki, skakała w górę, a potem z trzaskiem padała na ziemie tak, iż wszystkie kości chodziły we mnie, jak pogruchotane.
Wiatr świszczał mi w uszach, w głowie huczało, jak w młynie, zrobiło mi się słabo, dostałem zawrotu głowy i byłem bliski omdlenia.
Potem usłyszałem trzask łamanych gałęzi: dostałem się więc do krzaków, które widziałem z góry.
Ekwipaż mój pędził tymczasem bez przerwy przez otwarte pole, wpadł do drugiego zagajnika, wyrżnął wreszcie o jakiś pień i rozleciał się w kawałki.
Wskutek strasznych wstrząśnień byłem bardzo osłabiony, a miałem takie uczucie, jak wówczas, gdy po raz pierwszy poznałem na morzu te ruchy, które wywołują chorobę morską.
Musiałem na chwilę spocząć obok ruin mego wehikułu i oprzeć głowę na rękach. Na dłuższy odpoczynek nie było czasu, gdyż już nad sobą słyszałem strzały, znak, iż moi prześladowcy znajdowali się tuż za mną.
Wpadłem w największą gęstwinę i pędziłem, pędziłem, dopóki nie padłem zupełnie z sił wyczerpany. Nic się nie poruszało. Pozbyłem się mych wrogów.
Gdy przyszedłem do siebie, udałem się natychmiast w dalszą drogę. Po kolana brodziłem we wodzie przez różne strumienie, gdy przyszło mi na myśl, że mogli mnie ścigać przy pomocy psów.
Wydostawszy się na wolne miejsce, gdzie mogłem się rozglądnąć dokoła, spostrzegłem ku mej największej radości, iż mimo mych przygód nie oddaliłem się zbytnio od mego celu.
Nade mną wznosił się szczyt Merodal z gołym, śmiałym czubem, który wystawał z lasów dębowych, okalających jego boki. Te gaje karłowatych dębów