Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

zowi, musieli poznać, że byłem Francuzem, i oto całe towarzystwo zaczęło pędzić za mną.
Dognaliśmy na odległość strzału do naszych straży przednich, zanim zaprzestali ścigania mnie. Ale i wtedy jeszcze zatrzymywali się grupami i nie chcieli zawrócić, lecz wołali mnie i wznosili ręce do góry.
Nie, panowie, nie sądzę, aby to były uczucia wrogie. Raczej przypuszczam, iż były to wyrazy zachwytu, iż posiadali tylko jedno pragnienie, aby tego obcego, który się tak dzielnie i tak po rycersku spisał, ująć w swoje ramiona.


Opowiadałem wam już, panowie, jak Anglicy przez sześć miesięcy, od października 1810 do marca 1811, trzymali nas w szachu w swych oszańcowaniach pod Torres-Vedras. W tym czasie polowałem także z nimi na lisy i pokazałem im, że ze wszystkich sportowców żaden nie może się zmierzyć z huzarem Conflansa.
Gdy jeszcze z ociekającym krwią lisa pałaszem wpadłem w nasze szeregi, straże przednie, które widziały mój czyn, wybuchnęły burzą okrzyków i oklasków, a to samo robili i Anglicy, tak, że posiadłem oklask obu armij.
Łzy mi stanęły w oczach, gdy ujrzałem, że osiągnąłem podziw tylu dzielnych ludzi. Ci Anglicy są wspaniałomyślnymi przeciwnikami.
Jeszcze tego samego wieczora przybył pakiet pod białą flagą; adres brzmiał: „Do oficera huzarów, który zabił lisa“. Znalazłem w nim obie połowy lisa, tak, jak go pozostawiłem. Do tego dołączony był krótki, ale serdeczny list, jak to jest zwyczajem u Anglików.
Napisane w nim było, iż ponieważ zarżnąłem lisa, przeto muszę go też zjeść. Nie mogli przecież wiedzieć, iż my Francuzi lisów nie jadamy, ale zawsze