Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dowodziło to pragnienia, aby ten, który uzyskał honor w polowaniu, miał także udział w zdobyczy.
Francuz pod względem uprzejmości nie da się prześcignąć nikomu, dzielnym myśliwym odesłałem zatem zdobycz zpowrotem i prosiłem ich, aby przy najbliższem śniadaniu pieczeń lisa zdobiła ich stół i smakowała im dobrze. Tak rycerscy wrogowie postępują między sobą w wojnie.
Z wyprawy mojej przywiozłem z sobą dokładny plan stanowisk angielskich i jeszcze tego samego wieczora przedłożyłem go marszałkowi Massénie.
Spodziewałem się, iż na podstawie mego planu przejdzie zaraz do ataku, ale rozmaici marszałkowie czubili się między sobą, warczeli i kłapali na siebie zębami, jak głodne psy.
Ney nienawidził Massény, Masséna nienawidził Junota, a Soult nienawidził ich wszystkich. Z tego powodu nie przedsięwzięto nic.
Prócz tego żywność stawała się coraz szczuplejsza, a nasza wspaniała kawalerja niszczała wskutek braku furażu. Nim się skończyła zima, wyjedliśmy całą okolicę tak, iż nam samym nie pozostawało nic do jedzenia, aczkolwiek naszych ludzi wysyłaliśmy na wszystkie strony za prowjantem.
I dla najdzielniejszych z nas stało się jasnem, że nastała chwila odwrotu. Ja sam, panowie, byłem tego zdania.
Ale ten odwrót nie był taki łatwy. Nietylko iż wojska nasze z powodu braku żywności były osłabione i znużone nieustannem czuwaniem, ale nieprzyjaciel wskutek naszej długiej bezczynności zyskał na odwadze.
Wellingtona nie obawialiśmy się tak bardzo. Poznaliśmy go coprawda, jako bardzo dzielnego i rozważnego dowódcę, ale brakowało mu przedsiębior-