Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nie był to arcyprzyjemny horoskop, panowie, a jednak była to zwłoka łaski. Za wszystko można być wdzięcznym, gdy zbrodniarz wstrzymuje swój zbrodniczy cios. Wywleczono mnie z sali i po schodach nadół zpowrotem do celi. Drzwi zamknięto i pozostałem sam z mojemi myślami.
Pierwszą moją czynnością było porozumienie się z moim sąsiadem. Zaczekałem, dopóki nie umilkną kroki, potem odsunąłem ostrożnie dwie deski i zajrzałem do wnętrza. Światło było bardzo skąpe, tak słabe, iż mogłem zaledwie dostrzec jakąś skuloną w kącie postać i usłyszeć cichy szept głosu, który tak gorąco się modlił, jak tylko może się modlić ktoś w godzinie śmierci. Deski musiały zaskrzypieć, gdyż usłyszałem lekki okrzyk.
— Odwagi, przyjacielu, odwagi! — zawołałem. — Jeszcze nie wszystko stracone! Tylko nie upadać na duchu. Stefan Gerard jeszcze żyje!
— Stefan! — zabrzmiał głos kobiecy.
Głos ten brzmieć mi będzie zawsze w uszach, jak najcudowniejsza muzyka.
Skoczyłem przez otwór i pochwyciłem tę postać w ramiona.
— Łucjo, moja najdroższa Łucjo! — zawołałem.
Przez kilka minut słowa: „Łucjo!“ i „Stefanie!“ były jedynemi, które mogliśmy wymówić, gdyż wierzajcie mi, panowie, w takich chwilach niema co długo rozprawiać. Wreszcie ona zaczęła pierwsza:
— Oh, Stefanie, oni cię zamordują. Jakim sposobem wpadłeś w ich ręce?
— Przez twój list.
— Nie pisałam żadnego listu.
— A to djabły przeklęte! A ty?
— Także przez twój list.
— Łucjo, nie pisałem żadnego listu.