Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Schwytali nas oboje na jedną i tę samą przynętę.
— Na mojem życiu nic mi nie zależy, Łucjo. Zresztą dla mnie niema bezpośredniego niebezpieczeństwa. Odprowadzili mnie poprostu do celi zpowrotem.
— Oh, Stefanie, oni cię zamordują. Lorenzo się o to postara.
— Ten stary z tą siwą brodą?
— Nie, młody człowiek, ten brunet. Kochał mnie i mnie się zdawało, że ja go kocham, aż nareszcie... nareszcie dowiedziałam się, co to znaczy prawdziwa miłość, Stefanie.
— Niech robią, co chcą, Łucjo. Przeszłości mi nie zabiorą. Ale co z tobą się stanie?
— Nic tak dalece wielkiego, Stefanie. Przejściowy ból, a potem wszystko minie. Sądzą, że to będzie piętnem, najdroższy, ale znaczyć ono będzie dla mnie zaszczyt, ponieważ otrzymam je przez ciebie.
Słowa jej ścięły mi krew w żyłach. Wszystkie moje przygody były niczem w porównaniu z tą straszną myślą, która jak błyskawica przemknęła mi przez głowę.
— Łucjo! — zawołałem — na miłość Boga powiedz mi, co ci siepacze chcą z tobą zrobić? Powiedz mi, Łucjo, powiedz!
— Nie powiem ci, Stefanie, gdyż dotknęłoby cię to silniej, niż mnie. A jednak powiem ci, abyś się nie obawiał czegoś gorszego. Prezydent kazał pozbawić mnie ucha, abym na zawsze była napiętnowana za to, iż kochałam Francuza.
Jej ucho! To małe drogie uszko, które tyle razy całowałem! Dotknąłem się ręką tych małych, aksamitnych uszu, aby się upewnić, czy napiętnowanie już nie nastąpiło. Tylko po moim trupie mogli się dostać do niej. Poprzysiągłem to sobie, zgrzytając zębami, że