Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Młody człowiek, który w czasie mego wejścia do sali przedstawiał coś swoim kolegom, zerwał się z miejsca.
— Nie mogę tego znieść — zawołał. — Wasza ekscelencja musi mi wybaczyć. Sąd może się odbyć i bez mojej obecności. Jestem chory, tracę zmysły!
Wymachiwał rękami w powietrzu, a potem wypadł z sali.
— Niech idzie! Niech idzie! — rzekł prezydent. — To rzeczywiście więcej, niż można wymagać od człowieka z krwi i kości, aby pozostał pod tym dachem. Jest to jednak wierny Wenecjanin, a gdy pierwszy ból uśmierzy, przekona się, że istotnie inaczej być nie mogło.
W czasie tego zajścia zapomniano o mnie, a aczkolwiek, panowie, nie lubię, aby na mnie nie zwracano uwagi, byłbym wołał wtedy, aby zupełnie o mnie zapomnieli. Ale zaraz spojrzał na mnie stary prezydent, jak tygrys na swój łup.
— Zapłacisz pan nam za wszystko, inaczej być nie może — zaczął. — Pan, zawleczony tutaj awanturnik i cudzoziemiec, ośmieliłeś się podnieść oczy z miłością na wnuczkę doży Wenecji, a wnuczka ta była już zaręczona ze spadkobiercą sławnego imienia Loredanich. Kto się taką cieszy łaską, musi za to odpowiednio odpokutować.
— Kara nie może być wyższa od tej łaski — odparłem.
— Pomówimy z sobą gdy pan odbędzie część swojej kary. Może wtedy będziesz pan mówił mniej wyniośle — rzekł. — Matteo, odprowadź tego więźnia do drewnianej celi. Dzisiaj jest poniedziałek. Nie dostanie ani jeść, ani pić, a w środę przywiedziesz go przed nas. Postanowimy wtedy, jaką śmiercią ma umrzeć.