Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Kim jesteście, wy, którzy kradniecie skarby, zebrane przez naszych przodków w ciągu tylu stuleci? Byliśmy potężnem miastem już wówczas, gdy Francja była pustynią. Wy, zapita, hałaśliwa, brutalna hołoto żołnierska, zniszczyliście dzieła naszych świętych i bohaterów! Co pan masz na to do powiedzenia?
Panowie, strasznem naprawdę zjawiskiem był ten stary. Broda mu się najeżyła z wściekłości, a wyrzucał z siebie krótkie zdania, jak pies, który czuje przed sobą groźnego wroga.
Chciałem mu powiedzieć, iż jego obrazy są doskonale przechowane w Paryżu i krzywda im się nie dzieje, że jego konie nie są warte, aby robić o nie tyle hałasu, że może jeszcze widzieć bohaterów — o świętych nie chciałem już wspominać — nie mówiąc już o jego sławnych przodkach, ale... na co byłoby się to przydało?
Rozmawiać z nim o tem wszystkiem, znaczyłoby tyle, co kretowi opowiadać o życiu nad ziemią. Wzruszyłem więc tylko ramionami i nie odpowiedziałem nic.
— Więzień nie usprawiedliwia się wcale — rzekł jeden z zamaskowanych sędziów.
— Czy zanim wyrok zostanie wydany, prosi kto o głos? — zapytał stary i rozejrzał się dokoła.
— Jedno tylko chciałem zauważyć, ekscelencjo — odezwał się ktoś. — Niestety, będę musiał otworzyć na nowo ranę jednego z naszych braci, ale proszę uwzględnić, iż w wypadku z tym oficerem kara dla przykładu i to surowa powinna być w całej swej bezwzględności zastosowana.
— Myślałem już o tem — odparł stary. — Bracie, jeżeli cię trybunał w czem dotknął, to z drugiej strony da ci daleko idące zadośćuczynienie.