Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nastała taka sama straszna cisza, jak przedtem, a tych samych dwanaście par ócz skierowało się na mnie.
I znowu odezwał się stary:
— Jeszcze nie przyszła na niego kolej. W naszym spisie znajdują się przed nim jeszcze dwa nazwiska.
Niech zaczeka, dopóki na niego kolej nie przyjdzie. Zaprowadźcie go nadół do drewnianej celi.
— A jeżeli nam się będzie opierał, ekscelencjo?
— W takim razie wpakujcie w niego swoje sztylety. Trybunał was uwolni. Precz z nim, dopóki się nie załatwimy z tym tutaj!
Przystąpili do mnie. Przez chwilę zastanawiałem się nad oporem. Ale ktoby to poświadczył? Ktoby o tem doniósł? Los mój mogłem tylko odwlec, ale przeniosłem już tyle, iż nauczyłem się mieć nadzieję i ufać mej szczęśliwej gwieździe.
Pozwoliłem się schwytać tym łotrom, którzy mnie wyprowadzili. Gondoljer ze sztyletem szedł obok mnie. Widziałem po jego dzikim wzroku, że z wielkiem zadowoleniem byłby ten sztylet utopił w mojem sercu, gdyby tylko po temu nadarzyła się sposobność.
Dziwne to są gmachy, panowie, te pałace weneckie: domy, twierdze i więzienia, a wszystko w jednym budynku.
Przeprowadzono mnie przez kurytarz i jakieś kamienne, strome schody wdół, aż wreszcie dotarliśmy znowu do jakiegoś małego kurytarza, gdzie znajdowało się troje drzwi. Wepchnięto mnie przez jedne z nich, poczem zatrzaśnięto zamek. Przez wąski otwór we drzwiach wpadło światło z kurytarza.
Oczami i rękami zacząłem badać moje pomieszczenie. Po tem, co usłyszałem, wydawało mi się, iż nie będę czekał długo, lecz prędko stanę znów