Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Być może, iż ten osioł myślał, że nie będę miał odwagi ścigania go dalej w ciemności, ale nie znał jeszcze Stefana Gerarda!
Jednym skokiem znalazłem się na platformie, drugim w chacie i wpadłem do kąta, skąd dochodziło mnie dyszenie mordercy. Rzuciłem się na niego.
Bronił się, jak dziki kot, ale co zdziałać mógł swą krótką bronią?
Z każdą chwilą ciosy jego stawały się coraz słabsze aż wreszcie sztylet jego padł z brzękiem na ziemię.
Gdy oddech jego ustał, powstałem, wyszedłem na powietrze i wydrapałem się w górę na pole.
Trzymając goły pałasz w ręku, szedłem bez celu, nie widząc prawie, co się w ostatniej godzinie stało.
Wreszcie rozejrzałem się dokoła i spostrzegłem woddali ten stary pień, do którego przywiązane będzie najstraszniejsze wspomnienie mego życia.
Siadłem na zwalonem drzewie, położyłem pałasz na kolanach, oparłem głowę na dłoniach i starałem się wyjaśnić sobie moje położenie.
Cesarz oddał się w moją opiekę i teraz nie żył.
To była jedyna myśl, która mi tańczyła w głowie, wypierając wszystkie inne. Wykonałem coprawda wszystkie jego rozkazy, gdy jeszcze żył, pomściłem go gdy już nie żył — ale co to wszystko mogło pomóc?
W oczach świata nie byłem przecież niewinnym, można mnie było uważać za mordercę! Jakie dowody, jakich świadków miałem na swoją obronę? Czyż nie mogłem być wspólnikiem tych łotrów?
Tak, tak, byłem zniesławiony na zawsze, byłem najnędzniejszą, najwięcej pogardy godną kreaturą w całej Francji!
To był zatem koniec mych ambitnych planów, nadziei mej matki! Roześmiałem się gorzko.