Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I co teraz? Czy miałem iść do Fontainebleau, zaalarmować zamek i donieść, że cesarz w oddaleniu kilku kroków ode mnie został zamordowany? Nie, nie, tylko nie to!
Dla człowieka honoru, którego los tak okrutnie dotknął, pozostawała jedna tylko droga. Chciałem się nadziać na mój zhańbiony pałasz i w ten sposób podzielić los cesarza, ponieważ nie mogłem go od niego odwrócić.
Powstałem zdecydowany, aby wykonać mój plan, gdy wzrok mój padł na coś, co pozbawiło mnie mowy i oddechu: cesarz stał przede mną!
Tak, stał w oddaleniu może dwudziestu kroków ode mnie a światło księżyca padało na jego zimną, bladą twarz. Miał na sobie szary płaszcz, ale kaptur odrzucony był wtył, zprzodu widać było zielony mundur i białe spodnie.
Nie ulegało wątpliwości, iż to był on. Stał w swej zwykłej postawie: ręce założone wtył, głowa cokolwiek spuszczona na piersi.
— No — rzekł surowym i ostrym tonem — co mi masz do powiedzenia?
Zdaje mi się, iż gdyby był jeszcze minutę stał w milczeniu, straciłbym zmysły. Krótki jego rozkaz przyprowadził mnie jednak szybko do przytomności i powiedziałem sobie:
— Cesarz stoi przed tobą, jazda, odpowiadaj!
Wyprężyłem się jak struna i salutowałem.
— Jak widzę, zabiłeś jednego — rzekł, wskazując głową w stronę buku.
— Tak, sire.
— A drugi uciekł?
— Nie, sire, i jego zabiłem.
— Co? Czy dobrze słyszę? Zabiłeś obu?
Zbliżył się do mnie i z uśmiechem pokazał w świetle księżyca swe białe zęby. Odpowiedziałem mu: