Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Ale dość o tych dzieciństwach, młodzieńcze — zaczął nagle cesarz w jednym z tych aż nadto dobrze znanych wybuchów gniewu. — Czy ty sądzisz, iż stawiam weteranów na te stanowiska, abyś mógł na nich pokazywać swoje sztuczki? Jakże mogę prowadzić wojnę z Europą, skoro moi właśni żołnierze zwracają ostrza pałaszy sami przeciwko sobie? Jeszcze jeden pojedynek taki, a zgniotę cię w mych palcach!
Widziałem, jak jego mała biała ręka przy tych słowach, mówionych z sykiem i groźnie, tańczyła przed moim nosem. A wierzcie mi lub nie, panowie, przeszły po mnie ciarki.
O ileż chętniej wolałbym się był w tej chwili znajdować w najgorętszej bitwie, niż tutaj!
Przystąpił do stołu, połknął filiżankę kawy, a gdy się do mnie znowu zwrócił, zniknął już wszelki ślad poprzedniej burzy.
— Potrzeba mi twych usług, poruczniku Gerard! Potrzeba mi dobrego pałasza w mej obronie, a mam swoje powody ku temu, iż wybieram twój. Co dzisiaj między nami zajdzie, o tem — przynajmniej dopóki żyję — nie powinien się dowiedzieć nikt. Żądam zatem milczenia!
Przypomniałem sobie Lasalle‘a i Talleyranda, ale złożyłem przyrzeczenie.
— Po drugie wypraszam sobie wszystkie rady i przypuszczenia z twej strony. Masz robić tylko to, co ci każę.
Skłoniłem się.
— Potrzeba mi twego pałasza, ale nie twej głowy. Myślenie jest moją rzeczą, zrozumiano?
— Tak, sire.
— Znasz aleję kanclerską w lesie?
— Znam.